: : << poprzedni : : : : następny >> : :
port w Reykiaviku
:I:S:L:A:N:D:I:A:
podróż krajoznawczo-kulinarna cz. I


[19.01.2006]
Zgniłą płetwę rekina znałem już z Warszawy (mówię "płetwę" złośliwie, faktycznie jest to mięso rekina) - chociaż minęło sporo czasu od tej imprezy w Falenicy, doskonale pamiętam, jak poczęstowano mnie tamtej nocy małym kawałkiem HÁKARL (brzmienie nazwy tejHakarl na zdjeciu wyglada niewinnie, jednak Chociaz wyglada niewinnie, jednak juz zapach zdradza jego prawdziwy charakter. potrawy zdaje się idealnie pasować do jej charakteru). Zrazu usiłowałem go przegryźć - potworna, miękka zgnilizna rozeszła się po zębach, pozostawiając gumowate jądro które musiałem natychmiast wypluć. Długo potem płukałem usta pod bierzącą wodą, a następnie wypiłem litr gazowanego napoju, znanej marki, o silnym, wybitnie chemicznym smaku przypominającym płyn do zmywania naczyń, którego w normalnych okolicznościach bym nie tknął - wszystko to nie usunęło strasznej zgnilizny którą wciąż czułem w ustach.


Taki był pierwszy mój kontakt bezpośredni z Islandią, miłość może zaczynać się trudno. Islandię znałem poza tym z wielu opowieści, muzyki, która w dużym stopniu składa się z ciszy, sztuki, w której przeważa woda, światło i powietrze, a przede wszystkim z książek Laxnessa, największego pisarza islandzkiego XX wieku, noblisty, który komunizował, więc był też obficie tłumaczony na polski. I jak wielu o podróży na Islandię marzyłem od dawna (w tym roku dostałem nawet przewodnik na urodziny), lecz wciąż jakoś mi się nie układała. Aż znajomy z Reykiaviku zaprosił mnie na koncert Anthony and the Johnsons, i chociaż akurat wypadał w ciężką porę roku - deszczową, niekończącą sie islandzką noc - zdecydowałem się tam polecieć.


Reykiavik, ciężko wstać o 10 rano, bo za oknem jest całkowicie ciemno, czarna noc. To zdjęcie zrobiłem o 11:15 rano kiedy się rozjaśniało, w deszczowe grudniowe dni (a prawie wszystkie były deszczowe) potrafi być tak szaro przez cały dzień, czyli do godziny 15, kiedy znowu zapada zmierzch.


Kraj ten słynie z największej ilości książek wydawanych na głowę jednego mieszkańca na świecie i najwyższego na świecie współczynnika błękitnookich białowłosych dziewczyn w społeczeństwie (ta druga informacja jest niepotwierdzona badaniami statystycznymi). Wyspa jest całkowicie odmienna od wszystkiego co sie zna - pozornie to ta sama Europa w której żyjemy, ale prastare sagi wikingów wciąż tu żyją, a ledwie wyjedzie się z Reykiaviku na pustkowia pokryte lawą wulkaniczną można spotkać elfy. Ja sam spotkałem tylko jedną elfkę koło domu Laxnessa w Gljúfrastein, ale muszę przyznać, że poza Reykiavik niewiele się wypuszczałem. Podejrzewam, że bezludny interior wyspy, ze swoimi niedostępnymi lodowcami i wulkanami jest zamieszkiwany przez wiele bajecznych żyjątek.

Hákarl w przewodniku turystycznym jest słusznie opisany pod hasłem "tylko dla odważnych", jednak innej potrawy - moim zdaniem radykalniejszej - przewodnik mój w ogóle nie obejmuje. Otóż wybraliśmy się z moim znajomym Þorkellem do słynnej (i zarazem całkowicie bezpretensjonalnej) restauracji rybnej Þrír Frakkar w Reykiaviku (www.3frakkar.com), gdzie zamówiłem perwersyjnie pysznego gardłosza atlantyckiego w sosie krewetkowym (zastanawiałem się nad wielorybem, ale postanowiłem go w końcu przesunąć na mój następny islandzki raz - podobnie jak zorzę polarną). Moje danie było aksamitne, śmietankowe, pełne delikatnych odcieni i tę idealną harmonię smakową zakłócał jedynie zapach dobywający się z talerza mojego współbiesiadnika. Było więc dokładnie jak w wierszu Bursy "Dyskurs z poetą":

Jak oddać zapach w poezji...
na pewno nie przez proste nazwanie
ale cały wiersz musi pachnieć
i rym
i rytm
muszą mieć temperatury miodowej polany
a każdy przeskok rytmiczny
coś z powiewu róży
przerzuconej nad ogrodem

rozmawialiśmy w jak najlepszej symbiozie
aż do chwili gdy powiedziałem:
"wynieś proszę to wiadro
bo potwornie tu śmierdzi szczyną"

możliwe że to było nietaktowne
ale już nie mogłem wytrzymać.

(1957)

Raja gladka

Raja gładka (Skata)


Tak własnie było - ciężki zapach amoniaku i starego przejrzałego sera unosił się nad naszym stolikiem - Þorkell bowiem zajadał się wielkimi płatami zgniłego mięsa raji gładkiej (po islandzku SKATA) z malutkimi kartofelkami. Przy każdym kęsie jego twarz wikinga wykrzywiała się w boleśnym grymasie, wydawał z siebie potem gwałtowny dzwięk typu "uach", po czym wzdychał "ależ to jest dobre!". Legenda przez wszystkich dementowana głosi, że podczas paromiesięcznego gnicia raję również obsikiwano. Nie spróbowałem tej tradycyjnej bożonarodzeniowej potrawy, ale na moje podniebienie musi być to bliskie w smaku niezapomnianego zgniłego rekina, tyle że w porcjach 10-krotnie większych!!

Skosztowałem tam natomiast maskonura (LUNDI) - ten piękny niewielki ptak ma mięso niezwykle delikatne i pozbawione "dzikości" - jadłem go lekko wędzonego z musztardą i chociaż nie przepadam za niemal surowym mięsem - to rozpływało się w ustach jak belgijskie pralinki. Olbrzymie ilości maskonurów żyją na wybrzeżu i wyspach islandzkich, mają śliczne, szerokie kolorowe dzioby którymi łowią rybki. Dawniej pogardzano tym przysmakiem, teraz stał się ekskluzywną przekąską. Obok ładne zdjęcie pokazujące łowcę maskonurów, które znalazłem w Wikipedii.


 




Opuszczone gospodarstwo na Reykjanes, usytuowane w wąskim pasie ziemi pomiędzy brzegiem oceanu a polami lawy wulkanicznej. W potarganej wiatrem trawie pozostałości ogródka. Drzewa na Islandii są rzadkością.


Dorsz odgrywał zawsze olbrzymią rolę w islandzkiej gospodarce, a nawet dał nazwę "wojnom dorszowym" - czyli powtarzającym się od końca lat 50. do 70. konfliktom z Wielką Brytanią o rozmiary islandzkich łowisk. Islandia jest wprawdzie szczęśliwym i bogatym krajem gdyż nie posiada żadnej armii, ale ich straż przybrzeżna ostrzeliwywała angielskie kutry rybackie, które wpływały na tereny uznane przez Islandczyków za ich wyłączna strefę ekonomiczną (którą jednostronnie rozszeszyli z 4 mil morskich w latach 50. do 200 mil w latach 70.). Anglicy w końcu ustąpili, gdyż Islandia zagroziła likwidajcą strategicznej bazy NATO w Keflavíku. Obecnie dorsze i rybołóstwo przestają być powoli filarem Islandzkiej gospodarki i eksportu, a inne sektory nabierają coraz większego znaczenia, ale najlepszy tran - tłusty wyciąg z wątroby dorsza - jest wciąż Islandzki.

Tran (LYSI) w sklepach jest niedrogi, bodajże chyba coś ze 400 ISK (20 zł) kosztowała półlitrowa butelka i jego okropność jest stanowczo przereklamowana. Piję go codziennie rano - jedną łyżeczkę, smakuje jak olej z lekką rybią nutą. Moi goście którzy nigdy nie pili tranu bronią się zawzięcie przed spróbowaniem, a gdy już się odważą przyznają, że legendy o jego obrzydliwości rozpowszechniane przez naszych rodziców, co to musieli go siłą w szkole pic, są mocno przesadzone. Tran jest złotem, zwłaszcza w okresie od jesieni do wiosny, uodparnia i stawia na nogi. Nie znam żadnych przepisów z zastosowaniem tranu, ale znajomy Islandczyk mówił, że świetnie nadaje się do masażu (wyznam, że ilekroć zdarzy mi się kontakt dłoni z odrobiną tranu, np. gdy odstawiam butelkę do lodówki, to muszę potem długo myć ręce żeby zlikwidować specyficzny zapach, więc nasmarowanie się tym w większych ilościach i na większych powierzchniach traktować raczej należy jako nieźle pojechaną perwerkę).

Tran

Potraw z dorsza jest mnóstwo i często nie da się ich w Polsce powtórzyć (bo ja nie wiem gdzie kupić np. wątrobę albo ikrę dorsza - ostatnio przysłano mi przepis na łupacza gotowanego właśnie z tymi składnikami, oraz z ziemniakami w mleku i maśle), a te realne przepisy są już do znalezienia w internecie (np. na www.iceland.pl i www.islandia.org.pl), więc nie będę ich tu przytaczał. Największe wrażenie zrobiła na mnie opowieść pewnego Islandczyka o jego prababci, której jako najstarszej w rodzinie przysługiwał na uroczystych kolacjach przywilej zjadania za pomocą łyżeczki oka dorsza. Moi znajomi z nostalgią westchnęli, że tak trudno już dzisiaj dostać oko dorsza.

Te ekstremalne islandzkie potrawy (jest ich więcej, m. in. oczy owcy) nie powinny jednak przysłonić codziennego obrazu kultury kulinarnej na Wyspie, która jest bardzo wysoko "cywilizowana", międzynarodowa i na najwyższym poziomie. W Reykiaviku jest sporo wyjątkowo dobrych restauracji łączących w sobie tradycję Islandzką ze zdobyczami kuchni śródziemnomorskiej (cokolwiek by to dzisiaj nie znaczyło). Przeważają w nich doskonałe dania rybne i z baraniny, karty są krótkie, a ceny nieprawdopodobne. Restauracje te nie wyglądają luksusowo, zresztą na Islandii widzi się właściwie mało luksusu, który rozumiem jako pewną iluzję piękna, tam iluzje są zbędne. Wracając do dorsza - rewelacją, którą na różne sposoby podają w każdej islandzkiej restauracji jest solony dorsz. Solenie to tradycyjna metoda konserwacji ryb i podobnie jak popularnego u nas śledzia - solonego dorsza najpierw trzeba wymoczyc i potem dopiero przyrządzać. Solenie bardzo mocno zmienia smak dorsza, jego konsytnecje (staje się bardziej zwarty) i nadaje rybie szlachetności. Przepyszny był pieczony z pomidorami i oliwkami w restaurachi Vid Tjörnina, która znajduje się w starym mieszkaniu w dwupiętrowym drewnianym domu elegancko obitym blachą falistą w centrum Reykiaviku (na zdjęciu obok).

   
: : << poprzedni : : : : następny >> : :