: : << poprzedni : : : : następny >> : :
 

:l:o:n:d:y:n:2:0:0:3:
[16.07.2003] Kolejna podróż kulinarna zaprowdziła mnie do europejskiej stolicy kuchni hinduskiej czyli Londynu. Kuchnia angielska ma oczywiście też różne swoje jasne punkty (np. trochę niezłych serów, marmolada z pomarańczy czy limonek), generalnie wszystko jest w miare nawet smaczne, tylko że bardzo dalekie od współczesnych ideałów dietetycznych. Dominuje bezwartościowe odżywczo i obrzydliwe pieczywo tostowe, keczup czy majonez i różne tym podobne sosy chemiczne Anglicy potrafią dodawać do niemal wszystkiego, dużo tłustego żarcia typu kiełbaski w sosach, no takie klimaty. W każdym razie w tym jednym imperium zostało zmiażdżone - kuchnia angielska w Londynie to może 5% całego obrotu gastronomicznego, nawet w Tesco w przyprawach, albo gotowych daniach dominuje azja. A pogoda była zupełnie inna niż powinna - ani kropli deszczu przez tydzień.

Jeszcze nie najstraszniejsze śniadanie składające się z tłustych tostów ze "scrambled eggs", keczup.

Śniadanie we włoskim lokalu przy Hackney Road, gdzie obsługa wprawdzie mówiła po włosku, ale z ich wspaniałą kuchnią związek miała tylko dobra kawa. Zamówiłem tam naprawdę masywne, prawdziwe angielskie śniadanie: ten placek to "hash brown" - ziemniaczany, smażone pomidory, parę grubych plastrów podsmażonego bekonu, tłusty tost z sadzonym jajem i jeszcze kiełbaska. Po takim śniadaniu miałem ochotę położyć się znowu do łóżka, nie wiem jak oni sobie dają z tym radę, podobno jada się coś takiego tylko w święta i weekendy. Ja tylko raz się skusiłem.

Gdzieś niedaleko Old Street, ale plan miasta zostawiłem w Londynie, więc już nie jestem pewien tych miejsc.
 

Cockles - marynowane jakieś stworzonka morskie, mówiono, że to typowo angielski przysmak do piwa. Smak bardzo specyficzny, w każdym razie nieopisywalny (to znaczy ta część smaku, która nie smakowała marynatą)

Rowerzysta, jechał dłuższą chwilę za moim autobusem i cały czas miałem wrażenie, że pies zaraz wyskoczy, wyglądało to zresztą bardzo niestabilnie.
 

Resztki Fish&chips. Niezdrowo duża i tłusta porcja w takewayu kosztuje 3,5 funta
 

Jenny
 

Wieczorem na naszym pięknym i wielkim tarasie.
 

Oczywiście tak naprawdę narodowa kuchnia Anglików to kuchnia hinduska. Wiekszość restauracji i szybkich barów serwuje właśnie przeróżne rodzaje dań z Indii. Tutaj wegetariański zestaw eksploracyjny, zaczynam od pieczywa w kierunku wskazówek zegara:
garlic naan (to właśnie ten chlebek), onion bhaji (cebula w cieście smażona we fryturze), raita (to białe, jogurt, który skutecznie schładza podniebienie kiedy potrawa jest bardzo pikantna), channa massala (już nie pamiętam co to było), aloo gobi (ziemniaki i kalafior), dahl tarka (czyli taki zupa-krem z jakiegoś grochu i warzyw), to tyle w miseczkach, a potem jest troche surowej cebuli z dodatkami, że niby to taka sałatka, jak się skropi cytryną, to cebula łagodnieje, a pośrodku jest ryż basmati, który już jest tak dobrze ugotowany i przyprawiony, że właściwie wystarczyłby za cały posiłek.
 

Bardzo ładna nazwa dla restauracji
 

Znowu hinduskie żarcie, tym razem z take-awaya, czyli barku jakich są tam tysiące, w środku 2 stoliki, a przede wszystkim produkcja na wynos z bezpłatną dostawą. Jedzenie tam jest 2x tańsze niż w restauracji (gdzie naprawdę 10 funtów jest minimalką, chcąc wydać mniej tylko się nadenerwujemy, i pomyśleć, że kiedyś miałem pomysł na żywienie się za 5 złotych dziennie - 150 miesięcznie, tam wystarczyłoby tych pieniedzy ledwo na 2 kolacje w miesiącu.)
 

W sercu Londynu stoi biurowiec firmy która stała się obok McDonalda ikoną kapitalistycznego zła. Co ciekawe - barwy korporacyjne tych dwóch powszechnie atakowanych i znienawidzonych firm są takie same.

Okra (to to zielone) w restauracji bangladeskiej (od Bangladesz - nie jestem tu pewien poprawności mojej polszczyzny). Potrawy w swojej konsystencji przypominały bardzo hinduskie.
 

Co ciekawe ta restauracja prowadzona przez ludzi z Bangladeszu nazywała się "Le Taj"

Wciąż Bangladesz, curry z kurczakiem na kwaskowato w bardzo specjalnych limonkach (te plastry po lewej), posypana kolendrą.
 

Struś!!! Pierwszy raz w życiu jadłem strusia. W hinduskiej restauracji, mięso było marynowane, a potem zgrillowane. Smak miało dziki, dziczyzna, ale było kruche i bardzo mocno przesiąknięte przyprawami.
 

Antyczna kuchenka elektryczna u mojego przyjaciela Toma.
 

Tom zrobił lunch, ale przeszłoby też to pewnie jako śniadanie, pieczone wieprzowe kiełbaski i fasolka w sosie pomidorowym.
 

No i na naszym tarasie w nocy, Wili śpi, Rafał pali.
 
: : << poprzedni : : : : następny >> : :