:::podróż:::kulinarna:::nr:::1:::pomorze:::

[02.09.2001] Właśnie wróciłem z krótkiej podróży na północ, czasem wyjeżdżam w Polskę do pracy i wtedy skazany jestem na jedzenie w miejscach dziwnych, nieznanych, zaskakujących. Byłem w Ustce, Słupsku, Bytowie i na różnych stacjach benzynowych pomiędzy Warszawą a Bałtykiem. Nauczyłem się już unikać różnych przykrości kulinarnych, chociaż Polska jest sprytna i pełna benzoesanu sodu.

W sumie miałem 2 neutralne posiłki ciepłe i wypełnianie się różnymi ciasteczkami oraz innymi zagryzkami (wolę zapchać się paczką ciastek niż w pewnych barach próbować pewnych potraw) i 2 posiłki nieudane (śniadanie hotelowe i naleśniki po drodze) i jedną katastrofę ("Eurozapiekanka" made in Ustka). Tej przeklętej zapiekanki (4 zł) mogłem naprawdę uniknąć, nie mam pojęcia co mi odbiło. Dość udana była kolacja w smażalni ryb ze smażonym łososiem, ryba była świeża i bardzo smaczna, niestety tylko frytki razem 11 zł (brak ziemniaków, a sałatki-niejadałki), łosoś był świetnym wyborem, wcześniej dowiedziałem się z niezależnego źródła jakich ryb połów jest aktualnie wstrzymany dzięki czemu uniknąłem mrożonki. Obiad w restauracji w Bytowie (18 zł) ziemniaczki niejadalne, surówki polskie i ciężkie śmietaną z majonezem, kotlet schabowy dobry (ale o tym pssst... przecież kierujemy się na wegetarianizm).


Pierwsza przykrość
Naleśniki z dżemem. 2 blade naleśniki z bardzo słodkim dżemem z nieokreslonych owoców. 2 smutne skrętki z cytryny niewiadomopoco. 5 złotych w przydrożnym barze gdzieś w polach koło Torunia, albo gdziekolwiek indziej.


Eurokatastrofa
23 minęła Ustka umiera, na bulwarze opodal morza grupki dresiarzy stoją przy automatach z wielką gruszką, w którą można przywalić, aby zmierzyć siłę ciosu. Lato dogasa i budki wcześniej zasypiają, zamawiam w ostatniej czynej smażalni "Eurozapiekankę" bez keczupu, 2 ogórki małosolne, sałatkę z kalafiora i piwo. 13 złotych. Pod gumowym serem czają się niezwykłe pokłady żółtej cebuli. Ta cebula smakuje potwornie, są to tłuste, śmierdzące gluty, próbuję wydłubywać je spod sera, ale nie najlepiej mi to wychodzi, jestem głodny, zagryzam więc ogórkiem i przełykam to świństwo popychane piwem. Sałatka z surowego kalafiora i rzodkiewki jest nie do ruszenia, rezygnuję po pierwszym gryzie. Nie ma w niej nic co dałoby się wydłubać i zjeść. Cebula potwornie mi się odbija, jestem cały wypełniony tym starym tłuszczem, osobliwą żółcią, czuję w sobie jej smród. Nigdy więcej żadnej zapiekanki, nie wystarczy odrzucić keczup, zapiakanka to szatański wynalazek, pod serem zawsze może być bomba. I nigdy więcej sałatek w takich budach, nawet tych bez dziwnych sosów.


Śniadnie
W hotelu kawa tylko rozpuszczalna. Zrazu nie rozumiem co to w ogóle jest, co nalałem sobie z dzbanuszka, po chwili dopiero wyczuwam, że to rozwodniona, bardzo zła, rozpuszczalna kawa. Akurat dzięki temu, że była taka cienka mogłem ją wypić, z mlekiem prawie nie było czuć, że to kawa. Gąbczasta, lekko ogumiona kajzerka i wysuszony, koniecznie kruszący się chleb żytni z kilkoma ziarnami słonecznika dopełniały przykrość szarego poranka w 52. rocznicę wybuchu II wojny światowej.

 

: : << poprzedni : : : : następny >> : :