: : << poprzedni : : : : następny >> : :

Co słychać?
[2008.04.06] Mam wrażenie, że lepiej słychać niż jakiś rok temu, gdy nic nie było słychać. Przede wszystkim mam nowe słuchawki, które sprawiają, że muzyka na wynos brzmi duzo lepiej, wiec sięgam chętnie i po to co już raz wybrzmiało, i po to czego nigdy nie było słychać.

Po wielu latach przypomniałem sobie o Tocotronic - niemieckiej grupie która pod koniec lat 90. była wielka, a dla mnie tak wielka jak Pixies na początku lat 90. (właśnie sobie uświadomiłem, że przerabiałem utwory obu tych grup na wiersze). No więc Tocotronic odpuściłem kilka płyt, by sięgnąć teraz po nową "Kapitulation" - kapitulacja, no i taka świadomość, że wszyscy starzejemy się razem. Brzmienie znajome jak ulica z dzieciństwa, ale zamiast szarych spękanych płyt chodnikowych pod nogami mam kostkę bauma. Niby wciąż jest to ten sam chłopięcy, melancholijny i punkowy Tocotronic (bo przecież wciąż lubimy to samo co 10 lat temu), ale zarazem całkowicie inny, bo przecież już nie czekamy na parkingu pod supermarketem na dziewczyny... Coś tu się stało, melancholia przeciągnęła w nudę, punkowy łomot jest limitowany, poezja zlepiona jest z poezji, a nie z biletów autobusowych, i "Harmonia jest strategią" - jak głosi refren najpiękniejszej piosenki na płycie. I już sam nie wiem co o tym myśleć - niby wciąż dobrze się tego słucha, ale kapitulacja ciąży.
Skoro już jesteśmy przy niemieckiej muzyce, to z polecam Kitty Hoff und Foret-Noire - lekko jazzujące piosenki w klimacie nasennym, ale z bardzo pociągającym żeńskim wokalem (wbrew obiegowej opinii uważam, że język niemiecki świetnie nadaje się do śpiewania).
Pozostając w kręgu żeńsko niemieckim (chociaż już nie po niemiecku) polecam świetne 2 kompilacje "4 Women No Cry" z berlińskiej wytwórni Monika. Na każdej płycie po 4 międzynarodowe artystki - trochę elektroniki, trochę delikatnego żeńskiego wokalu - piękna mieszanka bliska najlepszym dokonaniom muzykow z Moniki.
Zapoznałem też bliżej dwie piękne płyty Mirah:
- "Share This Place" w towarzystwie Spectratone International, jest to właściwie projekt artystyczno-muzyczno-entomologiczny - folkowa opowieść o owadach ("Credo Cigalia")
- "Joyride: Remixes" - na dwóch płytach utwory Mirah przemiksowane przez jej muzycznych przyjaciół - to jest już bardziej pozycja dla fanów Mirah, niektóre z remiksów są trochę męczące, ale generalnie nieźle się tego słucha.
Prawie byłem na jej koncercie w Nowym Jorku - w każdym razie stałem długo, wytrwale na mrozie w kolejce po bilety i akurat na mnie owa kolejka się urwała - bilety się skończyły! I niezbędnych lat i dolarów 21 miałem, lecz ku mojemu słowiańskiemu zdumieniu niestety żadne desperackie argumenty nie przekonały pracowników klubu do wpuszczenia mnie.
Udało mi się za to dostać na nierewelacyjny koncert Coco Rosie w Warszawie. Oczywiście bardzo długo meczyłem ich zeszłoroczne "The Adventures Of Ghosthorse & Stillborn", w końcu położyłem sobie na to szlaban, żeby nie zajechać uszu - zauważyłem bowiem, że wpisały się tak głęboko w mój codzienny rytuał, że jadąc na rowerze w tych samych miejscach brzmiały mi w uszach te same piosenki - równo mijając Bibliotekę Narodową na na Polu Mokotowskim przyspieszałem na "Japan"!

Z muzyki islandzkiej dużo słuchałem Ólöf Arnalds - jej debiutancka płyta "Vid og Vid" z 2007 roku była rewelacyjnie przyjęta, uznawana jest za wschodzącą wielką gwiazdę Islandii. Byłem na jej kameralnym występie w Reykjaviku - magiczna i piękna zarówno dziewczyna jak i jej muzyka.
Hafdis Huld (niegdyś występująca z Gus Gus) magiczna na pewno nie jest, ale bardzo ożywiająca i świetnie jej się słucha na rowerze, wykonuje głównie przebojowe piosenki po angielsku w stylu Tomoko (chociaż na płycie "Dirty Paper Cup" jest też jeden utwór absolutnie zaczarowny - "Sumri Hallar").
Wpadła mi też pop-punkowa Jakobinarina "The First Crusade" - piękni i bardzo młodzi chłopcy grający dla jeszcze młodszych dziewcząt, wspaniały wykop, niestety chłopcy się właśnie rozwiązali. Polecam This Is An Advertisement

Ze staroci przypominam sobie Crass, którego ledwo dysząca kopia "Christ the Album" świdrowała mój nastoletni mózg, teraz odkryłem "Penis Envy" z 1981, wyjątkowo melodyjna, niemal popowa, można powiedzieć drobnomieszczańska pozycja w ich dyskografii :) jedyna też płyta Crass z żeńskim wokalem. Między innymi doskonały utwór "Berkertex Bribe" który z delikatnego początku eksploduje w brutalną, hałaśliwą punkowo-feministyczną nawałnicę.

W ramach muzycznej edukacji zapoznałem się z twórczością Kukl - właśnie kontynuując trop Crass, który to zespół posiadał własną wytwórnie i wydał debiutancką płytę zespołu w którym śpiewała Bjork. Zespołu Kukl nie da się jednak słuchać, naprawdę, strasznie męczące. Zgłębiając dalej temat Bjork na tak bliskiej mi Islandii znalazłem płytę z 1977 roku, debiut 11 letniej dziewczynki, która ślicznie śpiewa po islandzku różne wesołe kawałki. Tego da się słuchać, ale raczej tylko raz.

Jak to w życiu każdego mężczyzny, tak i w moich podróżach muzycznych dominują kobiety, ale mam też kilku nowych kolegów (chociaż czasem wcale niemłodych), których tu wymienie z nazwiska: Beirut (płyta "Pompeii") i jakośtam mu bliska chociaż całkiem odległa nowa płyta Lao Che "Gospel" i jeszcze nowe działo Grabaża - Strachy Na Lachy ("Autor", ja też uwielbiam nieprzerwanie Kaczmarskiego od 10 roku życia i słucham też często szant).

Na zakończenie, bo też z ostatniej chwili w mojej płytotece pojawiła się dwupłytowa składanka "I'm Not There", soundtrack do filmu biograficznego o Bobie Dylanie, gra tam cała masa wykonawców z mojej prywatnej listy "TOP10" - rewelacja.

: : << poprzedni : : : : następny >> : :